 |
Wpisz swój e-mail, aby otrzymywać
informacje o nowościach. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
 |
|
|
|
 |
| SFFiH nr 45 - Rafał Cywicki tropem Śmierciołaka [2009-06-29] |
|
"Jestem Ponurym Żniwiarzem. Moje oczy świecą w ciemnościach. Spojrzeniem rzucam śmiertelne uroki. Ciało pod osłoną płaszcza trawi trąd, mór, purpurowiec, tężec i ospa. (...)
Sypiam w trumnie, tańczę na grobach, żywię się krwią dziewic lub niemowlęcym mięsem, wysysam dusze i sprowadzam obłęd."
Prawdziwie mocne uderzenie - w lipcowym SFFiH Rafał Cywicki w opowiadaniu " Śmierciołak" testuje Waszą odwagę. Całość w 45. numerze - fragment poniżej.
Rafał Cywicki
"Śmierciołak"
Pukanie.
W drzwiach stoi młodzieniec w kapłańskiej szacie.
Ma długie, proste złotoblond włosy. Twarz łagodną i promienną, choć też poważną – powagą, jaką daje doświadczenie lat. Spojrzenie inteligentne, analityczne, ale i dziwnie kojące.
– Witaj, Ponury Żniwiarzu.
– Ojcze vitalisto.
– Mam na imię Anihiel. To z mojego polecenia posłano po ciebie. Jak cię zwą?
– Karmorn – przedstawiam się oschle. – Niewielu zdaje sobie sprawę, że w ogóle posiadamy imiona.
– Nie rozmawiasz z byle wsiowym kaznodzieją – odpowiada, pokazując mi tatuaż na wierzchu dłoni.
– Królewska Akademia Teologiczna – poznaję. – Doprawdy?
– Mogę wejść?
– Jeśli się ojciec nie boi...
– Możesz się do mnie zwracać po imieniu – rzecze z uśmiechem, który nie do końca rozumiem. Wpuszczam go do środka. – Rommendahl zapamięta twoją wizytę, Karmornie. Córka młynarza poroniła, staruszka wdowa umarła, zdechło trochę ptactwa... a, i zostawiłeś wzdłuż ścieżki pas zeschłej trawy, jakby solą zasiał.
– Przykro mi – mówię obojętnie, bez żalu. – Nie panuję nad tym.
– To nie był zarzut. Jesteśmy, jacy jesteśmy.
„Jesteśmy”? Przyglądam mu się uważnie, szukając ukrytego sensu tych słów. I nagle dociera do mnie. Ta aura światłości – to nie złudzenie.
– Jesteś Niepokalanie Poczętym?
Potakuje z dobrotliwym uśmiechem.
To by tłumaczyło, czemu nie bał się wejść. Zrodzony z fluktuacji vitalizy w dziewiczym łonie, jest równie mocno nasączony ciepłymi siłami życiowymi, co ja zimną nekroizą. Jego dotyk przywraca ludzi do zdrowia, zasklepia rany, neutralizuje trucizny, uśmierza choroby, w roślinach pobudza wzrost. Sam może odnieść dziesiątki śmiertelnych ran i przeżyć, ba, może zginąć i powstać z martwych. Żyjący święty, naznaczony przez Boga Żywego.
– Nie próbowałeś ich ratować? – pytam. – Tej staruszki i dziewczyny z wioski.
– Staruszkę mogłem ratować, ale kupiłbym jej najwyżej tydzień cierpienia. Dziewczyna była w pierwszym miesiącu, nawet nie wiedziała, że roni. Gdybym interweniował, dziecko mogłoby się urodzić niedorozwinięte. A na wskrzeszanie kurczaków, wybacz, mam za dużo godności.
– To chyba nie do końca zgodne jest z doktryną twojego Kościoła? „Życie ponad wszystko”, czyż nie? – pozwalam sobie na wytknięcie mu hipokryzji. Wystawienie na ciągłą ludzką nienawiść zaszczepiło we mnie złe maniery. Anihiel nie zdradza jednak oznak oburzenia. Nie ma w nim za grosz świętej pychy, poczucia wszechwiedzy ani fanatyzmu. Ale w jego oczach nie odczytuję też żadnej wątpliwości ni niepewności siebie.
– Jak mówiłem, nie rozmawiasz z wsiowym kaznodzieją. Jestem świadom, że mój dar jest przekleństwem, tak samo jak twój jest również błogosławieństwem.
– Doprawdy? – Czuję się dotknięty tą teorią. Wspinam się teraz po drabinie ironii. – To bardzo ciekawe, Anihielu. Powiedz mi w takim razie, jako Niepokalanie Poczęty będziesz żył ile? Dwa? Trzy stulecia? Wiecznie? Ile lat masz teraz?
– Pięćdziesiąt dwa – odpowiada.
– A wyglądasz jak młodzik, który nie może doczekać się zarostu. Ja liczę sobie ledwie dwadzieścia pięć wiosen i wyglądam jak starzec, który tylko czeka, by się obrócić w proch. Za pięć, sześć lat, jeśli tyle przeżyję, będę zbyt słaby, by utrzymać miecz. Umrę bezdzietnie, bo każda kobieta, którą tknę, staje się bezpłodna. Właściwie nie powinienem się był nawet urodzić. Cyrulik uważał mnie za martwy płód, a już wtedy promieniowałem tak mocno, że moja matka nie dożyła poronienia. Jako niemowlę wyszedłem z jej zgniłych zwłok. Udusiłbym się trupim gazem z jej ciała, gdyby nie przypadek i lenistwo grabarza. Tylko dlatego żyję, że bezdzietna wdowa usłyszała moje krzyki dochodzące z płytkiego grobu. Zresztą przygarnięcie mnie nie opłaciło się jej. Zmarła, gdy miałem pięć lat, choć wcześniej cieszyła się doskonałym zdrowiem. Więc powiedz mi, ojcze vitalisto, Anihielu Niepokalanie Poczęty, gdzie tu niby jest to błogosławieństwo?
– A twój talent? Każda zadana rana śmiertelna, każde dotknięte ostrze zatrute, moc zabijania żywiołaków... – szepce konspiracyjnym tonem dziwnie podniecony.
– To żadne błogosławieństwo – odpowiadam sucho.
Anihiel milczy wyczekująco. Nie zależało mu na zwycięstwie w tej dyskusji, chciał mnie raczej wysondować.
Zdobyć jakąś informację, zbadać grunt pod kolejne rozmowy. Wyczuwam w tym milczeniu perwersyjną żądzę heretyckiej wiedzy. Pociąg do bluźnierstwa. Wręcz szczeniacką fascynację czystym przeciwieństwem pierwiastków życia i śmierci – niczym u młodego chłopca obcującego po raz pierwszy z odmiennością kobiecego ciała.
– Nie znasz okolicy – mówi. – Mogę ci pomóc złapać to coś. Zawsze pracowałem sam – na niczyją pomoc nie mogłem nigdy liczyć, bo nikt o zdrowych zmysłach nie spędziłby dobrowolnie choćby godziny z Ponurym Żniwiarzem. Boję się tego Niepokalanie Poczętego, ale ludzkie towarzystwo kusi.
– Ruszam jutro o świcie.
|
|
|
|
|