Seria: 
... 20  21  22  23  24  25 ...

... 20  21  22  23  24  25 ...
Andrzej Pilipiuk
Zagadka Kuby Rozpruwacza - wyd. 2

Mieszko Zagańczyk
Czarna Ikona, t.2

Łukasz Orbitowski, Jarosław Urbaniuk
Pies i klecha. Przeciwko wszystkim

Jacek Komuda
Galeony Wojny, t.1

Robert J. Szmidt
Kroniki jednorożca. Polowanie.

Miroslav Žamboch
Krawędź żelaza, t.1

Jarosław Grzędowicz
Pan Lodowego Ogrodu, t.2

Andrzej Pilipiuk, Anna Kańtoch, Maja Lidia Kossakowska, Jakub Ćwiek, Janusz Cyran, Eva Snihur, Cezary Frąc, Krzysztof Kochański, Krzysztof Piskorski, Łukasz Orbitowski, Iwona S. Nowak
Antologia A.D.XIII, t.2

Olga Gromyko
Zawód: wiedźma, cz.2

Olga Gromyko
Zawód: wiedźma, cz.1 - wyd.1

Pan Lodowego Ogrodu, t.2
Jarosław Grzędowicz

data wydania: listopad 2007
ISBN-13: 978-83-60505-42-7
wymiary: 125 x 195
liczba stron: 632
oprawa: miękka
seria: Bestsellery polskiej fantastyki
cykl: Pan Lodowego Ogrodu
spis cyklu:
cena: 33.00
zamów:
zamów:
zamów:
Ten ogród - w najlepszym stylu Grzędowiczowskim – obrósł ciekawością dalszych dziejów Vuko Drakkainena i następcy Tygrysiego Tronu. Także zaginionych Ziemian i mieszkańców planety Midgaard, gdzie to nas, ludzi, postrzega się jako istoty o rybich oczach. Gdzie trwa wojna bogów, a samozwańczy demiurgowie hodują okrucieństwo kwitnące w mroku zła. Gdzie więdną najnowsze ziemskie technologie, a człowiek stawić musi czoła... No właśnie... Bierzcie wolne. Kto czytał tom pierwszy wie, że nie spocznie, póki nie skończy. Kto nie czytał, powiększy grono ogrodników.
Przypomnijmy jeszcze Vuko: (...) gościa, który jest miksem Polaka, Chorwata i Fina,  którego wysyłają w chrabąszczopodobnej kapsule na planetę zamieszkiwaną przez cywilizację człekopodobną. I choć Vuko wsadzili w mózg adrenalinowy dopalacz, emocjonalny stabilizator i noktowizor w jednym, to i tak trudno mu przetrwać w świecie pełnym grzybkowych halunów godnych wyobraźni Boscha” (Gildia).
Tu - tom I, który jednego roku zdobył wszystkie najważniejsze w polskiej fantastyce laury: Nagrodę im. Janusza A. Zajdla, Śląkfę, Sfinksa i Nautilusa.
Tu - tom 3, jeden z najbardziej wyczekiwanych "ciągów dalszych".


Ornipant
Jan Marek

Skrytobójca
Jan Marek

Troll
Jan Marek

Kapłan
Jan Marek

Wędrówka
Jan Marek

Pan Lodowego Ogrodu, t.2
Jan Marek
Pan Lodowego Ogrodu, t.2

Pan Lodowego Ogrodu, t.2

Pan Lodowego Ogrodu, t.2

: Most
Kiedy ją zobaczyłem, poczułem, jakby moje serce pękło znienacka, niczym gliniany dzban. Dzban pełen strachu.
Wiedząca. Wiedząca o ślepych oczach, takich samych jak oczy skrytobójcy, który zabił moją Irissę. Jak oczy leopardów Prorokini. Złote bielmo.
Co zobaczy, kiedy dotknie mojej twarzy?
Wiedząca wstała z krzesła i podtrzymywana za łokieć przez żołnierza pokuśtykała na lewą stronę mostu. Adepci zabrali parasol i krzesełko, by zrobić nam drogę, a ja wyjąłem palec z nosa i uniosłem lejce.
Koła wózka zaskrzypiały.
Wiedząca odwróciła się nagle z zadartą głową, zupełnie jakby węszyła. A potem wyrwała łokieć żołnierzowi i uniosła rękę z rozcapierzonymi palcami, po czym ruszyła prosto w naszą stronę, chcąc dotknąć mojej twarzy. Brus odwrócił się do niej, ale jego maska podobna do kałuży rtęci nie wyrażała niczego.
Zmartwiałem.
Była już tak blisko, że słyszałem jej bezzębne mamrotanie sączące się nieustannie z pomarszczonych ust.
„Oko na dłoni… Dłoń, oko matki… Matka czuje… gdy dziecko kłamie… matka zawsze wie…”
Widziałem rozpostartą dłoń wiedzącej. Jeszcze dwa kroki i dotknie mojej twarzy.

: Walka pod drzewem
Nadchodzą.
Trzech.
Nie noszą czerwono-czarnych tatuaży na rękach i twarzach, ani sczesanych na kark nasmarowanych dziegciem warkoczyków. Pod okularowymi nosalami hełmów i kanciastymi osłonami policzkowymi widać krótko przycięte brody.
Wołają do niego tryumfalnie, chrapliwie. Bucha z nich para, kłęby ścięte lodowatym powietrzem jesieni. Jeden wychyla się za grań i krzyczy do kogoś na dole, echo skacze po górach. Śmieją się, patrząc, jak pełznie na czworakach przed siebie, jak próbuje zerwać się do biegu, ale potyka się, pada i znowu pełznie.
Ten pierwszy, wielki jak góra, zdejmuje hełm i kładzie go ostrożnie na ziemi, potem odpina płaszcz, uwalniając kolejne kłęby pary unoszące się z lamelkowego pancerza. Znowu woła, drwiąco, zadziornie, i powoli wyciąga miecz. Słychać stalowy, przeciągły zgrzyt ostrza, dryblas przeciąga się i porusza gimnastycznie barkami, chrupie mu coś w karku.

Chłopak bezradnie maca pustą pochwę przy pasie, wspomnienie po straconej broni, a potem nadal pełznie przed siebie, ślepy i głuchy z przerażenia.

Na chwilę podnosi wzrok i nagle widzi Pień. Otwiera usta i oczy jeszcze szerzej, na twarzy rozlewa mu się wyraz niedowierzania i skrajnego osłupienia. Wydaje się, że znalazł coś, czego szukał od dawna. Na kilka sekund zapomina o osaczających go prześladowcach i unosi wzrok wzdłuż krępego Pnia kryjącego ludzką sylwetkę z rozrzuconymi szeroko ramionami, pomiędzy Konarami widać narośl podobną do głowy z wykrzywioną bólem twarzą, pośrodku Pnia sterczy srebrne drzewce jesionowej włóczni.

: W objęciach Podziemnej Matki
Kolumny i ściany pokrywały wzory. Kwiaty, gałęzie i owoce zwinięte w delikatne sploty. Tylko że nie wycza­rowało ich dłuto kamieniarza. To były kości. Czaszki, żebra, żuchwy, kręgi i piszczele poukładane tak, że trudno było je rozpoznać. Widziało się misterne liście, kielichy, łodygi i owoce. Do czasu gdy rozpozna­łem pierwszą czaszkę. Potem zacząłem je dostrzegać. Wszędzie wokół. Pieśń płynęła nadal. Kojąca i piękna. Brus i kapłan stali nad kamiennym stołem, na któ­rym leżały rzędem zakrzywione, bazaltowe noże. Gład­kie i lśniące niczym szpony jakiegoś ogromnego stwora, o rzeźbionych kościanych rękojeściach.
– Jeszcze szybka łaska – mruknął kapłan, jakby o czymś sobie przypomniał. – Będzie potrzebna, bo nie uda się skończyć do nocy.
Położył na stole nadziak. Broń podobną do młota na
długim trzonku, ale z kolcem zamiast głowicy. Kolec wy­rzeźbiono z takiego samego bazaltu jak noże. Ostrego, twardego i lśniącego niczym czarne szkło. Zgrzyt łańcuchów i żelaza usłyszałem pomimo tań­czącej wciąż w powietrzu pieśni. Uniosła się kuta z grubych prętów krata zamykająca otwór w ścianie obok naszej niszy. Zobaczyłem ich. Nagich mężczyzn, stłoczonych jeden przy drugim, o ogolonych pospiesznie i brutalnie głowach, tak samo jak u mnie i Brusa. Stali długim szeregiem, ściśnięci między ścianami i mogli iść tylko przed siebie, następny przytulony do pleców poprzedniego, a za kratą wą­skim przejściem pomiędzy dwoma kamiennymi murami prowadzącymi na środek jaskini.
Widziałem, jak dygocą, ktoś mamrotał coś mono­
tonnie, ktoś płakał, ktoś dyszał głośno i spazmatycznie. Sami mężczyźni, tylko jedna czy dwie kobiety między nimi. Zbici jak bawoły w zagrodzie, o wielkich, szero­ko otwartych oczach. Starzy, młodzi, niektórzy młodsi ode mnie. Usłyszałem cichy, dziecięcy głos, który zawodził ci­chutko:
– Nie... Jeszcze nie... Jeszcze chwileczkę... Proszę... Małą chwileczkę... – I zmieniłem się w lód.

azg: NaszeMiasto.pl
Czy do napisania dobrej powieści łączącej elementy science-fiction i fantasy wystarczy wysłać ziemianina z przyszłości na planetę zamieszkaną przez ludzi rodem z pseudoŚredniowiecza? Z pewnością nie. Jarosławowi Grzędowiczowi się to jednak udało. „Pan Lodowego Ogrodu” to prawdziwy majstersztyk.
Całości dopełnia język: prosty, odważny, pełen barwnych, urokliwych, choć nieco zapomnianych na co dzień słów, zgrabnie łączący obrzędowość zastygłej w czasie kultury z trzeźwym, współczesnym, osądem.

Tomasz „Marchew“ Marchewka: Valkiria
Nie od dziś wiadomo, że autor Pana Lodowego Ogrodu to czarodziej słowa. Mówię to z pełnym przekonaniem, przez kolejne zdania po prostu się płynie, a one w zależności od potrzeby niosą czytelnika w przestworzach, lub sieką niczym ostrze katany. Mógłbym tę książkę czytać godzinami, a potem po raz kolejny, i kolejny i myślę, że bym się nie znudził. Rewelacja.

Makabrael: Elkander
Na uwagę zasługuje też sposób, w jaki autor poradził sobie z "rozpierduchą", którą narobił na końcu poprzedniego tomu. W zasadzie sprawdziła się stara zasada mówiąca, że druga część jest gorsza od pierwszej, jednak w tym wypadku różnica nie jest tak widoczna, a książka cechuje się tymi samymi atutami, które pozwoliły zdobyć Grzędowiczowi nagrodę Zajdla. Czy możliwe jest, że statuetka powędruje do pisarza również w 2008 roku? Nie znam dokładnych zasad przyznawania tego wyróżnienia, jednak jeśli możliwe jest otrzymanie dwóch nagród za kolejne części tej samej serii, to są spore szanse, że pisarz po raz kolejny stanie na najwyższym stopniu podium polskiej fantastyki.
       Historia stworzona przez Grzędowicza to lektura, po którą z całą pewnością warto sięgnąć. Nie zawiedziecie się, tak jak ja, recenzent, który już czeka na kolejną część "Pana Lodowego Ogrodu".

Hrabia Sosnechristo: Elkander
Zawiodłem się.
Okropnie i strasznie się zawiodłem. Nie, nie na książce. Zawiodłem się na ludziach, którzy tak mnie drugim tomem "Pana Lodowego Ogrodu" straszyli. Że gorsza, że nudna, że to i śmio.
(...) Grzędowicz to mistrz kreowania nastroju. Paroma zdaniami potrafi nakreślić równie plastyczny obraz, co inni autorzy w sążnistych opisach. Kiedy pisze o gęstej mgle - to w Twoim pokoju widoczność osłabnie znacząco. Jeśli po kartach powieści przemykają jakieś stwory o nieokreślonym kształcie, zaczynasz niespokojnie oglądać się za siebie i sprawdzać, czy pod łóżkiem wszystko w porządku. Światło, które daje lampka nocna, jest za słabe, nawet o drugiej nad ranem.

Hanna Fronczak: Fahrenheit

Książka jest pełna symboliki. Żywię wielki szacunek dla autora za drzewo przebite włócznią, za samą Włócznię Głupców i za Gliffnaka. Na koniec dostajemy jeszcze jeden symbol, lodowy okręt, który niepostrzeżenie pojawia się w porcie Ludzi Ognia. Okręt, który pochodzi z legendy. Umożliwi Drakkainenowi urzeczywistnienie marzenia, jakie prawdopodobnie nosi w sobie każdy młody mężczyzna w czasie dorastania – marzenia o podróży za wielką wodę. Tygrys już podjął taką decyzję – już pożeglował za morze piachu, już zmierzył się z nieznanym. Vuko decyduje się na to samo. Może wypełni swoją misję. Może uda mu się dokonać tego, do czego ewoluował poprzez odejście od techniki i poznanie magii. I może razem z nim czytelnik dowie się, czym właściwie jest tytułowy Lodowy Ogród i co takiego się w nim znajduje.
Vuko i drużyna wyruszyli, Tygrys przekroczył granicę, której przejście jest niemożliwe, Aaken już wie, że pomimo potęgi, jaką dysponuje, można go szybko pokonać. A czytelnik? Czytelnik musi cierpliwie czekać na trzeci tom. Jeśli czas będzie się dłużył, w oczekiwaniu na zakończenie autorskie każdy z nas może uruchomić wyobraźnię, zaznajomić się z magią i dopowiedzieć własne.

 

 

Michał 'Saarth' Paduch: Playback
...powiem Wam, że bardzo chciałem znaleźć w książce jakąś wadę. Trochę w akcie zemsty, za te dwa długie lata, a trochę też za to, że przecież jeżeli ktoś wypuszcza na rynek tak genialne książki, to musi się liczyć z tym, że złośliwi i niegodziwi czytelnicy właśnie liczyć będą na każde potknięcie. I bardzo rozczarowałem się tym, że nic nie znalazłem. O ile pierwszemu tomowi można zarzucić to i owo, chociażby nudzące opisy życia młodego następcy tronu, o tyle drugi tom jest idealny. Jest najlepszą literaturą podróży jaką czytałem od czasów trylogii husyckiej, choć nie jestem w stanie stwierdzić, które z tych dwóch było lepsze (!). A mordujcie mnie fani Sapkowskiego, ale jak boga kocham - tak właśnie jest!

Bartosz 'Zicocu' Szczyżański: Poltergeist
O języku obu tomów Pana Lodowego Ogrodu można by pisać w nieskończoność. Opisy są niezwykle plastyczne, pełne ciekawych porównań i epitetów. Pomagają wyobrazić sobie krajobraz, ale nie narzucają jakichś szczegółów, co do każdego źdźbła trawy. Dzięki temu autor mógł poświęcić więcej miejsca na coś, co umie po mistrzowsku: opisywanie akcji. Walki są cudownie ciekawe i urozmaicone. Pod powiekami pojawia się bohater tnący wrogów swymi ostrzami w śmiertelnym tańcu. Grzędowicz nie stroni od wplatania w opisy walk elementów akrobatyki, co czyni je jeszcze ciekawszymi. Podobnie ciekawe są opisy skradania się, którego jest w tej części zdecydowanie więcej. No i oczywiście erotyka, którą pisarz opisuje wspaniale. Czasami myślę, że to właśnie za język Pan Lodowego Ogrodu zgarnął wszystkie nagrody...

Bool: Gildia
Pazurki Jarosława Grzędowicza nie stępiły się. Sam sobie pierwszym tomem postawił wysoko poprzeczkę, rozpalił nadzieje i rozbudził oczekiwania, potem kazał czekać długo na kolejną część. I nie zawiódł. Tom drugi trzyma poziom, nawet jeśli jest troszeczkę mniej odkrywczy i zaskakujący, to nadal język, jakim posługuje się autor, jest nienaganny, a fabuła książki przykuwa uwagę i naprawdę ciężko od niej się oderwać. Słabszym wydawać może się moment, w którym bohater, niczym w typowym filmie kung-fu, znajduje sobie mistrza i zaczyna trenować pewną sztukę, jednak i z tej „opresji” Grzędowicz wychodzi obronną ręką, stosując zabawną autoironię.

Maria Frank: Onet.pl
W drugim tomie "Pana Lodowego Ogrodu" nie znajdziemy już wizerunków żywcem przeniesionych z obrazu Boscha ( nawet Ogród Rozkoszy ziemskich zasypany jest śniegiem). Ale znajdziemy smoki, które nie mogą istnieć, cybernetyczny cyfral w postaci elfiej wróżki i dawnych znajomych: następcę Tygrysiego Tronu i mieszkańców osady Grinaldiego.
To nie przypadek, że Grzędowicz jednego roku zgarnął wszystkie polskie nagrody fantastyczne: a oprócz Zajdla była to Śląkfa, Sfinks, Nautilius… To pisarz wysokiej próby i zdecydowanie górnej półki. Jedna z tych osób, dzięki której – tak jak dzięki Sapkowskiemu czy Dukajowi – proza fantastyczna przestaje być. literaturą niszową i dla fanów. "Pan Lodowego Ogrodu" to książka po prostu znakomita i nie ma się co dalej rozwodzić nad tematem.
Co mnie jednak oburza, panie Jarku – w rozmowie osobistej powiedział mi Pan kiedyś, że całość ukaże się w dwóch częściach, w odstępie roku. Odstęp nieco się przeciągnął – pal sześć. Ale widzę, że tu zanosi się na jakąś większą sagę. I co? Na następny tom mamy czekać kolejne trzy lata? To nieludzkie!!!

Katarzyna 'Alchemist' Sałak: Poltergeist
Jedna nieprzespana noc odbija się na człowieku bardziej, niż mu się wydaje. Podkrążone oczy czy bladość skóry to jedno, ale ogólne "otępienie", ból głowy oraz braki koncentracji to efekty dużo bardziej odczuwalne. Podobno, aby je w pełni zniwelować, trzeba regularnie sypiać przez następne trzy dni. Jednakże żaden z tych argumentów nie przekonał mnie do snu, gdy w moje ręce trafił drugi tom Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza.
Pierwsza część tego cyklu była niezwykłym sukcesem literackim. Udowadniają to nie tylko zdobyte nagrody (jak chociażby Nagroda im. Janusza Zajdla oraz Śląkfa w 2006 roku), lecz przede wszystkim entuzjastyczne reakcje czytelników i niecierpliwie oczekiwanie na kontynuację. Kolejny tom był powieścią, na którą czekało się latami, a każde, nawet najmniejsze przesunięcie premiery odczuwało się dosyć boleśnie. Trzeba przy tym dodać, że fani Jarosława Grzędowicza czekali na nią aż dwa lata.
Myślę jednak, że było warto.

Tomasz Surowiecki: Carpe Noctem
(...) Pomimo znaczących rozmiarów książkę czyta się szybko i przyjemne, a zabiegi ze zmianami narracji (znane już z pierwszej odsłony serii) kompletnie w lekturze nie przeszkadzają. Grzędowicz skupia się na psychice swoich bohaterów, przedstawia nam wyraźnie ich wnętrze i chce byśmy byli świadkami ich moralnej i duchowej przemiany. Dodatkowo z miksu gatunkowego, w drugim tomie zdecydowanie górę bierze nad innymi fantasy. Grozy jest tu niewiele, a s-f znikome ilości. Jest za to dużo mistyki, filozofii i egzystencjonalizmu w różnych odsłonach. Nadal niczym nowym w tym względzie Grzędowicz nie zaskakuje, są to sprawdzone sposoby na dobrą powieść. Ale nie ma też obawy, że nie wykorzystał potencjału.
    Drugi tom stanowi bardzo obszerne i udane wprowadzenie do tomu trzeciego, który- jak podejrzewam - będzie uwieńczeniem historii Vuko Drakkainena i młodego cesarza. Taka byłaby naturalna kolei rzeczy. Jednak wszystko zależy od autora. Na koniec, polecając wszystkim lekturę tej powieści, wyrażę nadzieję, iż na kolejną część nie będziemy musieli czekać tyle, co na drugą.


Paradoks Elkander Dlaczego? Valkiria Carpe Noctem Esensja Merlin Poltergeist Fahrenheit Wirtualna Polska