|
|
|
Kroniki Jakuba Wędrowycza - wyd. 1 Andrzej Pilipiuk
|
 |
|
|
NAKŁAD WYCZERPANY |
| data wydania: |
listopad 2001 |
| ISBN-10: |
83-89011-00-X |
| ISBN-13: |
XXX |
| wymiary: |
125 x 185 |
| liczba stron: |
288 |
| oprawa: |
miękka |
| seria: |
Bestsellery polskiej fantastyki |
|
|
Polscy autorzy raczej unikają tematyki polskiej, a nawet scenografii kraju ojczystego. Jeśli już popełnią utwór fantastyczny, którego akcja rozgrywa się w Polsce, to po pierwszej próbie z ulgą odskakują od niewygodnego tematu. Po „Weselu w Atomicach” Mrożka niełatwo jest ulokować się na serio, a i na wesoło w Tu i Teraz. Andrzej Pilipiuk jest chlubnym wyjątkiem, który nie przestraszył się starcia ze skrzeczącą rzeczywistością. Stworzył postać filozofa, chwilami oscylującego w stronę menela, dziwaka i geniusza, rycerza i dowcipnisia, Polaka-Który-Potrafi, i Polaka, któremu się chce. Do tego szlachetnego altruisty, który za trudy dla świata chce tylko dobrego słowa. I dobrego trunku. Z przewagą mocnego. Trunku.
Eugeniusz Dębski
Masz problemy z duchami przodków? Coś stuka w Twoim domu? Sąsiad jest wampirem? Udaj się do Jakuba Wędrowycza, najlepszego Cywilnego Egzorcysty w Kraju! Być może mieszka na zapadłej wsi na Ścianie Wschodniej, być może odżywia się własnoręcznie pędzonymi trunkami i wygląda na starego kłusownika, ale nie daj się zwieść pozorom! Jeszcze nie pojawił się wampir, kosmita, wilkołak czy upiór, który dałby radę nieustraszonemu egzorcyście w gumofilcach.
Jarosław Grzędowicz
Odlotowa książka! Od śmiechu brzuch bolał mnie coś ze trzy dni.
Eryk Vort
Taki pijak tu nigdy nie mieszkał.
Wójt Wojsławic
|
 |
|
Kroniki Jakuba W.
|
|
|
|
|
Kroniki Jakuba W.
|
|
|
|
 |
| : Bajeczka dla wnuczka
|
|
Płomień pod blachą pieca przygasał. Syn Jakuba, Marek objął swoją żonę ramieniem. — Tatko? — zagadnął. — Haw? — Idziemy na nocny spacer. Może byś tak uśpił wnuka? Stary kłusownik poskrobał się po głowie. — Żaden problem. Spod ławy w kuchni, na której siedział wydobył młot kowalski i zrogowaciałym paznokciem zeskrobał z niego jakieś paprochy. — Chińską narkozę mu dam — zaproponował. Syn wyjął starcowi młot z ręki i wyrzucił przez otwarte okno. — Masz być delikatny. Znasz takie słowo? Jakub łypnął swoimi wodnistobłękitnymi oczyma. — Delikatny. Nu pewnie, że rozumiem. Jeszcze za mały, żeby brać po łbie na uspokojenie, haw? — Otóż to. — Nu, jest metoda. Upiję go bimbrem do nieprzytomności. Synowa zemdlała. Docucili ją z trudem. — Pani wybaczy — powiedział starzec. — To tylko takie zwyrodniałe poczucie humoru. Bajkę mu opowiem. O czerwonym Kapturku, albo o Jasiu i Małgosi. Znam bajek bez liku. Nieco uspokojeni rodzice poszli sobie, a on wszedł do pokoju, gdzie leżał jego sześcioletni wnuk. — Nu i co ty? — Zagadnął. — Spać ci się nie chce? — Nie — odpowiedział mały Maciuś. — Opowiesz mi coś? — A, co byś chciał usłyszeć? — Tę historię o tym jak wypuszczałeś ze Szwabów krew wiadrami i nosiłeś te wiadra... — Na tę historię jesteś jeszcze za mały. — To może tę jak przegryzłeś gardło... — Na tą też jesteś za mały. Opowiem ci bajkę. — Nie chcę bajki. Wolę coś prawdziwego. — Ale wybrzydzasz. No dobrze. Będzie prawdziwa historia, o tym jak to było z Czerwonym Kapturkiem. — E, znam tą bajkę na pamięć. — Znasz wersję ocenzurowaną — wyjaśnił mu dziadek z godnością. — Co to znaczy ocenzurowaną? — No taką, z której wycięto najważniejsze fragmenty, żeby się dzieciom nie śniły. — To tak, jak w artykułach o tobie dziadku? „Znany pasożyt społeczny ze Starego Majdanu Jakub W.?” Tata zawsze mówi, że gdyby pisali wszystko, to nikt by nie uwierzył. — Co? — zdziwił się. — Tata ma całą teczkę artykułów z lokalnej prasy. „Znany w okolicy jako hiena cmentarna Jakub W...” — Uch pismaki przeklęte! Nie wierz w to, co tam piszą. Dobra? — Zgoda. Ale zacznij opowiadać, bo zaraz zasnę. — To może zaśniesz bez opowiadania? — Nie. Chcę bajkę. To znaczy tę prawdę o Czerwonym Kapturku. Jakub wydobył z kieszeni manierkę odkręcił nakrętkę i pociągnął z lubością siedemdziesięcioprocentowego samogonu. — A, więc było to tak...
|
|
| : Zabójca
|
|
Jakub Wędrowycz drgnął nieznacznie, gdy niewiadomo, przez kogo wystrzelona kula, urwała mu kawałek ucha i zagłębiła się w ścianie szopy. Brwi jego uniosły się lekko do góry. Rzadko się zdarzało, żeby ktoś go chciał zastrzelić, a zwłaszcza w taki piękny jesienny poranek, ale skoro ktoś właśnie usiłował to zrobić, nie było czasu do stracenia. W następnym ułamku sekundy leżał już plackiem na ziemi, a jego własny rewolwer odbezpieczony tkwił w spracowanej dłoni. Kolejny pocisk zagłębił się w drzwi dobre pół metra od jego głowy. Jakub wydobył z kieszeni okulary i założył je na nos. Chwilę później rozbryznęła się ziemia zasypując je dużą ilością piasku. Zaklął wściekle i zaczął się czołgać. Strzelec usadowiony niewiedzieć gdzie, ale w każdym razie dość daleko umilał mu czołganie wystrzeliwując kolejne pociski. Głucho zabrzęczało trafione wiadro. Rozprysła się szyba w oknie szopy. Zadzwoniła rynna. Egzorcysta doczołgał się do zapasowego wejścia do piwniczki i tam dopiero odetchnął z ulgą. Kimkolwiek był ten, który strzelał, z całą pewnością chciał go zabić. Jakub przeżył już tyle zamachów na swoje życie, że czuł to w kościach. Ściągnął z głowy czapkę i uniósł ją na kawałku kija przez dymnik. Nic się nie stało. Gdy jednak wysunął ją przez drzwi piwniczki niewidoczny snajper znowu dał o sobie znać. Uderzenie kuli przebiło czapkę i wyrwało staruszkowi kij z ręki. Sądząc z poszarpanego końca kija strzelec używał wrednego kalibru i paskudnie rozpryskowych pocisków. Poskrobał się lufą rewolweru za uchem. Następnie zaryglował drzwi i wydobywszy z kąta butelkę bimbru pociągnął z lubością solidny łyk. — Jeśli naprawdę chce mnie zabić to zaraz tu będzie — wydedukował.
|
|
|
 |
| Gabriel Leonard Kamiński: Valkiria
|
|
To pierwsza książka od dłuższego czasu przeczytana przeze mnie od deski, z której zrobiono papier, aż po ostatnie ogłoszenia umieszczone na kartonowej okładce. Wchodziła jak mały harry potter (z taką nazwą spotkałem się w sklepie monopolowym na oznaczenie zielonogórskiej dry whisky w najmniejszej pojemności). Język i klimat Redlińskiego, pomysły prawie z Mrożka, atmosfera rodem z Suwałk Stanisława Tyma, ale nie ma to nic wspólnego z wzorcami czy powielaniem, bo Pilipiuk jest na wskroś oryginalny.
Linia jego fabuły jest nieprzewidywalna jak czyny głównego bohatera. Jakub Wędrowycz to swojski „klimaciarz” z kresów Rzeczypospolitej. Przy nim wysiada nawet nasz poczciwy mistrz Twardowski, nie wspominając barona Munchausena.
Bardziej przypomina mi polskiego zaściankowego szlachetkę, któremu z całego bogatego poprzedniego bytu została już tylko brymucha i telepatia w stylu późnego Kaszpirowskiego, ale nie tylko. Wędrowycz potrafi zaskoczyć nawet samego siebie?
Jego wędrówki w czasie, w carskim uniformie, egzorcyzmy i walka z duchami, neutralizacja ektoplazmy, to sceny z życia naszej swojskiej prowincji, pokazane w stylu iście gogolowskim , godne uwagi nawet czytelnika przyzwyczajonego do tolkienowskiej atmosfery książek Sapkowskiego.
Nie wiem, co bardziej podziwiać u Pilipiuka? Czy swobodę z jaką jego pisarska wyobraźnia konstruuje poszczególne historie i wmontowuje je w sceny rodem z programu telewizyjnego „Nie do wiary”, czy klimaty z Redlińskiego, z całą tą wiejską subkulturą zawartą w haśle „Chłop żywemu nie przepuści” i „Witamy w krainie, gdzie obcy zginie”! Świat realny i fikcyjny do wynajęcia przez każdego zmieszane ze sobą niczym w wirówce nonsensu Głowackiego, przez co same już później kreują Wędrowycza, wbrew nawet intencjom autora.
Jeżeli prześladują Cię zmory własnego chowu, atakują duchy twoich własnych i przodków wcieleń, to bracie nie leń się i napisz do Pilipiuka. Może udostępni Ci kolejny adres: Do wynajęcia.
Najlepszy cywilny egzorcysta w kraju. Jakub Wędrowycz. Najlepiej wyślij mu sms (opłata tylko 2 flaszki wina marki Łzy sołtysa).
|
|
| Maciej Dzierżek: Poltergeist
|
|
|
Kroniki Jakuba Wędrowycza to pierwszy zbiór opowiadań o wiejskim cywilnym egzorcyście spod lubelskiej wsi Wojsławice. Andrzej Pilipiuk stworzył bohatera, którego raczej nazwać powinienem antybohaterem. Jakub to stary, ponad osiemdziesięcioletni człowiek, gospodarz znany w całej wsi, a we wtajemniczonych kręgach nawet w całym kraju. Jednak nie jest znany z tego, że dobrze gospodarzy, lecz z tego, że żaden trunek mu nie straszny. W sensie zarówno jakościowym jak i przede wszystkim... ilościowym. Tak, tak. Alkohol nie straszny Wędrowyczowi. Z racji jego hobby, czy też może profesji nie są mu też straszne duchy, zjawy, topielce i inne ponadnaturalne stwory. Jako egzorcysta amator da sobie z nimi doskonale radę. O ile... zdoła się utrzymać na nogach.
|
|
|
|
|
|