Niesłusznie. Demony istnieją. I potrafią zniszczyć twoje życie. Tylko dlatego, że na kogoś musiało paść. A może kiedyś wszedłeś w ich sfery lub po prostu zwróciłeś na siebie ich uwagę zbytnim optymizmem? Może uśmiechnąłeś się w złym momencie? A teraz dziwisz się, że życie wali ci się na głowę...
„Księga jesiennych demonów” to książka o wszystkim, co niezwykłe; o wszystkim, co nie powinno się zdarzyć w życiu normalnego człowieka. A jednak się zdarza.
Proste rozwiązania są dla prostych problemów. Dla ciebie jest Księga.
Od czasu mojej śmierci, po raz drugi zobaczyłaś czarnego motyla jesiennego, listopadowego poranka. Przez długie pięćdziesiąt osiem lat pogubiłaś większość przesądów, ale wiara w motyle ci została. Nie rusza cię ani piątek trzynastego, ani przechodzenie pod drabiną, ani rozsypana sól. Nawet stłuczenie lustra nie robi na tobie wrażenia. Natomiast motyle zostały. Dziecięcy omen z jakiejś książeczki. Ale i tak pamiętasz.
I nie możesz się tego pozbyć
Liczy się pierwszy motyl widziany wiosną. Żółty to zapowiedź szczęśliwego lata, biały lata spokojnego i bezbarwnego, a ciemny, na przykład admirał, czy pokrzywnik, to smutne, nieudane miesiące. Dziecinne przepowiednie, dotyczące tego, co najważniejsze — czy wakacje będą udane. W sumie nic specjalnie mrocznego.
Co innego czarne motyle. W naszym klimacie takie owady nie występują. Istnieją tylko w starym, alpinistycznym przesądzie, o którym ci kiedyś powiedziałem. Kiedy zobaczysz czarnego motyla, gdzieś w górach umiera człowiek. Zostało ci to w głowie, bo się o mnie bałaś. Wyszłaś za alpinistę.
I tamtego dnia, skądeś z dna piekła wyleciał niemożliwy, nieistniejący mutant, o skrzydłach jak płatki sadzy i usiadł ci na sztalugach. Rozłożył przed twoimi zdumionymi oczami czarne jak grafit skrzydełka bez najmniejszej plamki innej barwy i siedział tak, a w tym czasie ja właśnie przecinałem powietrze jak pocisk, w uszach huczał mi huragan, widziałem rozmazaną od pędu skalną ścianę, i kamienny piarg mknący mi na spotkanie, a tuż obok mnie dzwonił, odbijając się od kamieni przeklęty, tandetny, pęknięty karabińczyk.
Garbus zaczął jakoś dziwnie dygotać i Zięba stwierdził, że wydobywa z biednego pojazdu całe dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę. Na samą myśl o tym wszystkim, wcisnął nieświadomie gaz do deski. Makabra.
Uciekał. Robił dokładnie to, co poradził mu Stefan.
Siedzieli w jego kawalerce, urządzonej ze specyficznym smakiem świadomego samotnika. Zięba na skórzanym fotelu, ze szklanką whisky, a Stefan za swoim biurkiem. Stefan zawsze miał dobre alkohole, wolny czas, pogodę ducha i przyjaciółkę na podorędziu.
Był też opętańczo życzliwy ludziom.
— Spierdalaj — powiedział znienacka, wysłuchawszy całej historii i wypełnił pokój kłębami prince alberta. Zięba skamieniał.– To znaczy nie stąd, tylko w ogóle. Weź trochę kasy z tej twojej odprawy, zatankuj chrząszcza i wypierdalaj gdzie pieprz rośnie. Na tydzień. Po pierwsze, jesteś tak wymaltretowany, że musisz odpocząć, bo się wykończysz. Po drugie musisz naprawdę poważnie zebrać myśli, a nie masz na to żadnej szansy w tym kołchozie pełnym wariatów. Jedź gdziekolwiek. Nad morze, albo w góry. Jest po sezonie, wynajmiesz pokój za grosze. Przemyśl wszystko, ułóż jakiś plan gry.
— Jolka mnie nie puści — powiedział ponuro Zięba. — dla ciebie wszystko jest takie proste. Ja mam dzieci. Nie mogę wydać na siebie kilku balonów, jeżeli jestem bezrobotny. Co będzie dalej?
— Kretyn! — wrzasnął Stefan. — Przecież zarobiłeś te pieniądze głupku, a nie ukradłeś. Ja stąd widzę, że wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci, a nie chce mi się specjalnie na ciebie patrzeć. Jeżeli Jolka nie rozumie takich prostych rzeczy, to ją okłam. I tak jej jeszcze nie mówiłeś, prawda?
Podstawową zaletą opowiadań wchodzących w skład „Księgi” jest to, że potrafią przekonać czytelnika, że nie ma do czynienia z żadną fantastyką. Obcuje sobie najspokojniej w świecie z celną, ironiczną, ponurą w wymowie prozą obyczajową. Pełną trafnych, gorzkich obserwacji dotyczących ludzkiej codzienności, tego, co wspólne dla nas wszystkich. Lęku przed utratą pracy, mimo że jej nienawidzimy. Lęku przed zdradą partnera, któremu przecież ufamy. Lęku przed samotnością. Lęku przed chorobą psychiczną. Któż z nas nie zna tych lęków? Kiedy już autorowi uda się czytelnika uspokoić, oszukać, uśpić jego czujność – sięga po asa, którego chowa w rękawie. Wypuszcza kolejnego demona, żywiącego się kolejnym z naszych powszednich strachów. Pozwala to uzyskać niebywały efekt autentycznego zaskoczenia i – otóż to – nastrój grozy.
Kiedy zaczęłam czytać, pomyślałam, że kupiłam „Księgę…” za późno i jednocześnie za wcześnie. Za późno, bo leżała na półkach księgarni od lutego, a ja po nią nie sięgnęłam (dlaczego?!), a za wcześnie, bo październik tego roku zaczął się wyjątkowo ciepło, gdy tymczasem u Grzędowicza „…przeklęty Ragnarok listopada, wieczny mrok i zimno.” Jednak lepiej późno niż wcale, a gdy po zmroku zaczął padać deszcz, zrobiło się już bardzo nastrojowo, a opowiadania z „Księgi…” wciągnęły mnie bez reszty. Przepadłam. Omal nie zawaliłam przez „Księgę…” egzaminu, ale widać jakieś jesienne demony czuwały…
Książką tą autor zagospodarowuje niszę dotychczas pomijaną przez pisarzy sf: otwiera księgę demonów zamieszkujących nie w głębokich lochach i straszących w nocy. Jest to księga naszych własnych, „osobistych” demonów, z którymi obcujemy na co dzień. Dlatego powstało dzieło oryginalne zarówno w treści, jak w formie.
Zbiór opowiadań w sam raz na jesienna szarugę, dobry, wartościowy i do tego straszy. I to z dużego kalibru: wilkołaki, zmiennokształtni, nieśmiertelni, Diabeł i Bóg.....wiedźmy i czary, miejski szaman no i oczywiście jesienne demony. Polecam każdemu, kto przedkłada troszkę bardziej psychologiczny nad czysto cielesny horror. Krwawych scen a la Masterton tu nie znajdziesz, ale może w tym tkwi cała moc i tajemnica tej książki? Pan Grzędowicz od czasu przeczytania przeze mnie „Księgi..” stał się moim faworytem, przede wszystkim w polskiej literaturze. I oby takich ludzi więcej!
Autor stworzył niesamowity klimat. Niektóre sceny można śmiało przyrównać do iście dantejskich. Groza bije z każdego opowiadania. Pisarz misternie połączył kingowski horror z mrocznością historii Poego i stworzył własną, niepowtarzalną atmosferę. Dopełnieniem całej mroczności i grozy opowiadań są ilustracje Magdaleny Miszczak, które sprawiają, że ciarki przechodzą po plecach.
Już z rozproszonych tekstów Grzędowicza widać było, że jest to autor, który potrafi świetnie opracować psychikę bohaterów. Teksty zebrane w jednym miejscu to wrażenie potwierdzają. Świetne profile psychologiczne, monologi wewnętrzne. Teksty są dopracowane warsztatowo, widać dziedzictwo TRUST-u, którego Grzędowicz był jednym z założycieli.
Demony są złe o niewyraźnych rysach twarzy, odbierające nam to, co nagle ktoś nam ofiarował. A może to jednak one same, tak po prostu przywracają nas do normalności, gdy ktoś zawiódł? Złej, dla nas niezrozumiałej. A może po prostu bawią się nami, jakbyśmy byli wszyscy pionkami na szachownicy. W ich dziwnej, niekończącej się rozgrywce.
Najpierw dają, a potem pozwalają sobie na grę, by cofnąć nas w marną przeszłość? Ale czy na pewno? A może ktoś stara się nam pomóc, a tylko nasze demony na to nie pozwalają? Który pionek teraz odpadnie? Każdy ma swojego demona. Jak ma na imię Wasz?
Książka ta jest właściwie zbiorem opowiadań, zamkniętych klamrą – mało pocieszającą historią pewnego nieszczęśnika. Akcja wszystkich opowiadań rozgrywa się we współczesnej Polsce. W życie zwykłych, jakże często zagubionych ludzi wkraczają siły, których źródeł, celów i motywacji nie są w stanie zrozumieć. Uporządkowana rzeczywistość bohaterów „Księgi...” zaczyna nagle wirować jak w kalejdoskopie. Na czas trwania swojej opowieści są zmuszeni porzucić bierność, budzą się do działania, czasem do walki. Towarzyszy im jednak uczucie smutku, nieuchronności, melancholii. Wszak to jesienne demony są ich wrogami. Zarazem owe demony symbolizują nasze ludzkie wady, pragnienia i grzeszne myśli.