|
|
|
Krucjata, Księga 2 Eugeniusz Dębski
|
 |
|
| data wydania: |
styczeń 2008 |
| ISBN-13: |
978-83-60505-34-2 |
| wymiary: |
125 x 195 |
| liczba stron: |
464 |
| oprawa: |
miękka |
| seria: |
Bestsellery polskiej fantastyki |
| cena: |
29.99 |
| zamów: |
|
|
|
|
Science fiction i fantasy w jednym. Eugeniusz Dębski, twórca m.in. przewrotnych przygód rycerza Hondelyka zwanego Xameleonem, po raz kolejny zabiera Cię w fantastyczną podróż. A nawet w dwie podróże jednocześnie. W XXVII wieku trwa wyprawa statku kosmicznego „Gwiezdny Szaman”. Uczestniczą w niej odhibernowani współcześni nam ludzie pod wodzą krewkiej Holenderki. W ich małej społeczności buzują emocje i uczucia, dojrzewają intrygi, tworzą się konkurujące ze sobą frakcje. Czy każdy z członków załogi w wystarczającym stopniu podoła trudom wieloletniej podróży? Czy będzie w stanie stawić czoła kolejnym wyzwaniom? Jednym z nich jest wspólne... kręcenie serialu fantasy, do którego załoganci na bieżąco tworzą scenariusz i w którym występują. A filmowi bohaterowie także wyruszyli na wyprawę – chcą odnaleźć przyczynę zniknięcia z ich świata magii. Każdy nosi w sercu własną tajemnicę... Kontynuuj z bohaterami obie podróże. Pamiętaj, że Nemo – sztuczny intelekt zarządzający statkiem i filmem - może wiedzieć więcej niż wydaje się bohaterom. Czarując słowami Dębski nie ustaje w zabiegach, które komplikują relacje pomiędzy bohaterami i przynoszą zaskakujące rozwiązania. Dwa oddzielne wątki zbliżają się do siebie i przenikają. Podejmij wyzwanie podróży w obu światach. Przed Tobą przygoda. A nawet dwie.
|
 |
|
|
 |
|
 |
| : Wstrząsy, ruiny i zgliszcza
|
|
|
Jazda po wypalonej ziemi okazała się udręką. Każdy krok konia wzbijał w powietrze kłąb pyłu, siwego i dokuczliwego. Nie dało się inaczej jechać, jak w jednej linii. W wózku został tylko Onro, za radą Brou chłopak zasłonił sobie usta i nos chustą; jak dobry był to pomysł, widać było już po celii, kiedy pojawiły się na chuście plamy pyłu. Kiedy wjeżdżali na pasmo zgorzeliny, Darys zatrzymał się nad jakąś ciemniejszą plamą na ziemi, potem przywołał okrzykiem najbliżej jadącego Brou.
— Patrz — powiedział, wskazując dziwne zjawisko. W pierwszej chwili plama po prostu miała nieco jaśniejszy, nieregularny odcień, przyjrzawszy się jednak, można było rozpoznać kontur zwiniętego w kłębek zająca, nawet słuchy wyróżniały się barwą popiołu.
Kowal pokiwał głową. — W kuźni też tak jest — jak coś długo stoi między paleniskiem i ścianą, to po jakimś czasie masz tego taki niewypieczony cień — powiedział. — Postaw na przykład świecę, to za jakiś czas zniknie, a cień zostanie. Tylko że z żywej istoty to widzę pierwszy raz. Żar musiał być upiorny — wyparowała, nie ma kości, skóry, rogów…
— To zając, skąd ma mieć rogi? — prychnął Darys. — Tak, lecz ja wcześniej widziałem takie plamy, tylko nie domyśliłem się, o co chodzi, a to musiały być kozły, jelenie, może łosie, i ani krzty kopyta czy rogu nie zostało. Więc ogromny żar działał, ale krótko, jak błysk.
Darys zmrużył oczy.
— Dlaczego tak sądzisz? — Gdyby ten żar działał długo, to najpierw spłonęłoby ciało, potem cały popiół wypaliłby się do takiej samej jasnej barwy, jaka została po trawie i mchu, ale nie, został ciemniejszy, niewypalony, bo ciało spłonęło i w tym momencie żar już się przesunął dalej. — Prychnął przez chustę, by strząsnąć przywierający do niej popiół. — Zaiste Bicz Ognisty! Nie ma co!
|
|
| : Lodowy podmuch
|
|
Od zachodu nad horyzontem, do jednej trzeciej wysokości kopuły niebios, widniała ogromna gęba. Wymalowały ją jakby obłoki, ale wszystko w niej było wyraziste, ukazane tak dokładnie, z barwami i cieniami, że musiał istnieć jakiś inny, nieludzki oczywiście, sposób umieszczenia na niebie wizerunku. W pierwszej chwili wydawało się, że to twarz starej, złej kobiety, złudzenie narzucały wijące się, falujące włosy, ale zaraz potem twarz nabrała wyrazistości i stała się zdecydowanie twarzą mężczyzny. Miał ostry, haczykowaty, długi jak dziób orła nos z wąskimi, jak po dźgnięciu ostrzem noża, szparami nozdrzy; poniżej niemal nie było warg, pojawiły się, dopiero gdy potworna zjawa poruszyła ustami. Nad okrągłymi oczami wzlatywały końcami ku górze gęste krechy brwi, falujące niczym ogromny kłąb węży włosy co i rusz przesłaniały czoło z trzema niebieskimi sierpami — bocznymi skierowanymi ku górze, środkowym skierowanym w dół — wymalowanymi czy wyciętymi w skórze. Lodowato sine źrenice patrzyły mgliście, usta poruszyły się i otworzyły, w mrocznym tunelu poruszył się karminowy język, wargi ułożyły się w jakieś słowo. — Kiedy tylko się to pojawiło — powiedział cicho Hok — wydawało mi się, że słyszę „Palan” czy „Dakan” albo… — Waltan! — mruknął przez zęby Mag. — To musiało być Waltan… — Też tak pomyślałem po chwili — przyznał Hok. — Ale nic więcej nie było. Tyle tylko, że na początku to były bardzo mgliste zarysy, nawet pomyślałem, że śnię albo że to po prostu cudowny, przedziwny układ obłoków, zresztą bardziej przypominało to pysk wilka, potem jakoś się te rysy cofnęły, pysk się wciągnął… Tylko ozór co jakiś czas się poruszał, a potem zaczęło dmuchać jakby tym imieniem. — Coś rozumiesz, Waltanie? Mag pokręcił głową, ale bez przekonania, co widaćbyło nawet w półmroku. Od pytań uratowało go rysowane na niebie oblicze — usta otworzyły się szeroko, czerwony jęzor poruszył żmijowo i cofnął, krecha ust rozciągnęła w szerokim, krzywym, złośliwym uśmiechu, a z rozszerzonych nozdrzy wymknęły się i skierowały ku ziemi dwa wąskie białe obłoczki. Chwilę wszyscy obserwowali niebo, potem twarz zafalowała, drgnęła i zniknęła.
|
|
|
 |
| Wilkman: Valkiria
|
|
Już na wstępie można powiedzieć, że autor ma fach w ręku. Książka jest napisana lekko i z polotem. Twórcy inteligencji i pomysłów nie brak. Doskonały, całkowicie poprawny język, kontrastujący z tym używanym przez fanów Dębskiego na forach i blogach poświęconych jego twórczości, to prawdziwy balsam dla spragnionego odrobiny gramatycznej poprawności recenzenta popkultury. Przyznam, że książka ma sporą „czytelność”. Niezła fabuła, odrobina napięcia sytuacyjnego, ciekawy świat przedstawiony i kipiący potencjałem temat, zachęcają do sięgnięcia po Krucjatę Dębskiego.
|
|
|
|
|
|