Cóż, detektyw na emeryturze czepia się najdziwniejszych zajęć, także rozwiązywania zagadek na papierze. To wygodniejsze, bardziej dochodowe i NIKT NIE ODSTRZELI CI DUPSKA. Do czasu...
Ten facet na milę śmierdział kłopotami, mafią i aspiracjami do władania światem. Ale częstował koniakiem AYO i obiecał, że bliskim Owena nie spadnie włos z głowy. Po prostu sympatyczny gość, któremu KTOŚ MIESZA W ŻYCIORYSIE.
Owen znowu pakuje się w bagno. I tylko czas mu sprzyja...
Pionier łagodnie skręcił w lewo, posłuszny pulsującym zerom zawisnął na pół sekundy nieruchomo i miękko osiadł na murawie lotniska. Pilot kilkoma pstryknięciami wyłączył silnik i systemy pokładowe, potem wstał z fotela i szybko ruszył do wyjścia. Podniosłem się i ja.
– Proszę stanąć na tej płycie i zatrzymać się na kilka sekund. Wystarczy trzy, cztery, ale ja zawsze stoję dwa razy dłużej.
– Tak? – Wlazłem na miękki dywanik i pokiwałem się na stopach.
– Jak się pokażą pieski, podziękuje mi pan. Dwa bloodhoundy, doberman szybszy od błyskawicy i Nabuchodonozor, który tylko dlatego nie znalazł się w Księdze rekordów Guinessa, że nikt go tam nie zgłosił. Zaraz je pan zobaczy.
Stałem cierpliwie na dywaniku, który nasączył moje obuwie zapachem mającym zapewnić mi bezpieczeństwo w raju Guylorda.
Trzy kroki przed schodami zatrzymał się butler i skłonił głowę.
– Dzień dobry panu – powiedział uprzejmie. – Może pan zejść, już wołam psy. Muszą pana poznać. – Przycisnął prawą dłoń do piersi.
Myślałem, że powie: „Ave, Caesar”, ale uruchomił tylko nadajnik. Zerknąłem na pilota, pożegnałem go mrugnięciem i zszedłem na murawę.
– Przepraszam za to wtargnięcie do pańskiego domu – powiedział Honeycombe. – Nie mogłem jednak stać zbyt długo pod drzwiami. Jeszcze raz przepraszam – popatrzył gdzieś za moje plecy. – W porządku, Cyd. Poczekaj na mnie w wozie.
Nie patrzyłem na wychodzącego Cyda, podszedłem do barku i stuknąłem w jego pokrywę.
– Napije się pan czegoś? – zapytałem, nie patrząc na Honeycombe’a. – Może...
– Nie, dziękuję – przerwał mi. – Nie bawmy się w kurtuazję. Obaj jesteśmy świadomi, że nie wpadłem tu na pogawędkę w przyjacielskim tonie.
Po sekundzie wahania zamknąłem pokrywę i pozostawiając nieutulony w żalu barek, usiadłem w fotelu naprzeciwko gościa. Patrzyłem w jego oczy i usiłowałem określić typ uczuć, jakie do niego żywiłem, ale wychodziło mi ciągle, że jest mi po prostu obojętny, I tak nieźle jak na jednego z cesarzy podziemia.
– Mam dla pana robotę, panie Yates.
Cierpliwy Czytelniku, jeśli przebrnąłeś przez opis wad i zaczynasz się dziwić, jak taki pomiot diabelski w ogóle został wypuszczony na rynek, to Ci wytłumaczę: bo każda z wad jest pryszczem w porównaniu do humoru, zgrabności opisów i niesamowitego uroku Owena. Tak, te książki są urocze. Kocha się tego drania i wybacza mu wszystko, bo ma łeb na karku, bić się potrafi, ma dzikie pomysły (daj mu klej i rury, to się przekonasz), no i przede wszystkim… jest świetnym detektywem. Z dużą dawką autoironii i poczuciem humoru, którego mogą mu pozazdrościć gwiazdeczki sitcomów. Rzadko kiedy trafia się powieść, którą można zjeść w jeden dzień bez uczucia zmęczenia. Pokłony dla pana Dębskiego.