|
|
|
Wilcze gniazdo - wyd. 2 Jacek Komuda
|
 |
|
| data wydania: |
czerwiec 2009 |
| ISBN-13: |
978-83-7574-081-3 |
| wymiary: |
125 x 195 |
| liczba stron: |
392 |
| oprawa: |
miękka |
| seria: |
Bestsellery polskiej fantastyki |
| cena: |
32.90 |
| zamów: |
|
|
|
To już drugie wydanie popularnej książki Jacka Komudy o młodym polskim szlachcicu wyrruszającym w ukraiński step po kłopotliwe dziedzictwo. W niespokojny czas. Między ludzi, którzy kiedy kochają czy nienawidzą, to pełną piersią…
Jacek Dukaj o "Wilczym gnieździe": Mamy tu do czynienia raczej z mitologią niż prawdą historyczną i z prezentacją stronniczą, przez człowieka ewidentnie zakochanego w tamtej kulturze, który stara się "zarazić" czytelnika swoją fascynacją. I cel ten w dużej mierze osiąga.
"Wilcze gniazdo" nie posiada wielkich pretensji literackich, nie wychodzi poza schemat fabularny ciągu przygód przedstawiających typowe sceny z życia Sarmaty: pojedynku, zajazdu, porwania narzeczonej itp. (omal miniscenariusze do "Dzikich Pól", których Komuda jest współautorem). Jednak przez odwołanie się do tej baśniowej rzeczywistości Sienkiewicza, zagrawszy na narodowych stereotypach i kompleksach - wciąga nas bez reszty w fikcyjny świat. Przynajmniej mnie "Gniazdo" wciągnęło.
Jacek Dukaj, Magazyn Esensja
|
 |
|
|
 |
|
|
 |
| : Rozłogi
|
|
Gedeon przyjrzał się oberży. Nie spodziewał się tutaj wspaniałego zajazdu ze świeżą pościelą, łaźnią i pachnącymi dziewkami służebnymi. Karczmy w tej części Ukrainy, co poznał na własnej skórze, były małe, brudne i ciasne. W ich strzesze świszczał wiatr, z powały spadały paskudne robaki, a wokół paleniska leżeli na pół martwi z przepicia Kozacy. Ta zaś nie była ani lepsza, ani inna niż pozostałe. Zwieńczona słomianym, opadającym aż do ziemi dachem, w którym – rzecz dziwna – widniała tylko jedna, mała dziura. Ściany krzywe, jakby wsparł się o nie krzepki pijanica pozostający pod przemożnym wpływem trunku, obejście brudne i zarośnięte chwastami. Zajazd nie miał obszernego stanu z tyłu. Już na pierwszy rzut oka wyglądał na typową mordownię. Na szczycie dachu przybito wiechę, a nad drzwiami spróchniałą tablicę z nazwą. Ale nie jakąś tam ładną, pasującą do tego miejsca. Napisano po prostu „Rozłogi. Trónki i pivo”. Znaczyło to, że karczmę można było uznać niemal za światową, bo w tych stronach mało kto z pospólstwa potrafił czytać i pisać.
– Hej, bywaj tu! – zakrzyknął Sienieński, gdy wjechał na plac otoczony zmurszałym płotem. – Wyjdźże, Kozacze!
Nikt nie odpowiedział. Gedeon rozejrzał się. Zwykle oberże w tej okolicy prowadzili starzy Zaporożcy o czerwonych od gorzałki nosach, gębach ozdobionych bliznami po zwadach i bitwach. Może w tej było inaczej? Może prowadził ją ktoś inny? W takim razie mógł być nim chyba tylko Żyd.
I znów bez odzewu. Gedeon zeskoczył z kulbaki, wprowadził wierzchowca do starej, na wpół rozwalonej szopy obok gospody. Były w niej dwa konie. Jeden biały, smukły, o wspaniałej, delikatnej grzywie, a obok niego kudłaty tatarski bahmat. Znaczyło to, że w karczmie ktoś stał. Czyli było z kim pić. Koń Gedeona zarżał gniewnie, gdy właściciel przywiązał go obok tamtych. Szybko zamierzył się zadem, chcąc kopnąć dzianeta. Sienieński uderzył go dłonią po łbie.
– Spokój, Kaper, szelmo!
Przemierzył podwórze i kopniakiem otworzył drzwi karczmy. Tak jak się spodziewał, izba była mała i brudna.
Na widocznym w głębi pomieszczenia szynkwasie płonął kaganek, na ścianach dwie pochodnie. W ich blasku ujrzał dwóch szlachciców. Pierwszy nie był wysoki, Gedeon przewyższał go o co najmniej pół głowy. Włosy, podgolone wysoko, mocno mu już posiwiały. Czoło znaczyła głęboka, ciemna bruzda – blizna po dawnym cięciu szablą. Oczy, zmrużone, zielonkawe, wyglądały w półmroku jak ślepia kota. Nieznajomy odziany był w dostatni, szarawy żupan przepasany litym pasem, zza którego sterczała rękojeść kindżału. Obok zasiadał drugi – młodszy, dużo wyższy, bardzo chudy, w skromnym żupanie z zielonego sukna.
Pewno pan i sługa – pomyślał Gedeon.
– Czołem, waszmościowie! – rzekł, podnosząc rękę do rysiego kołpaka.
Tamci nie odpowiedzieli. Starszy, ten z blizną, przyjrzał się uważniej Sienieńskiemu. Zapewne nie uszedł jego uwadze dostatni strój nowo przybyłego, a zwłaszcza młoda twarz i szabla w nabijanej klejnotami pochwie.
Gedeon wiedział, że z pozoru wyglądał na mało doświadczonego szlachetkę, który częściej miał do czynienia z kuflem i miską niż z szablą, a fechtował wyłącznie łyżką. Pozory jednak myliły, i to bardzo, o czym miało sposobność przekonać się już co najmniej kilku warchołów z Sieradzkiego.
Zza kontuaru wybiegł przygarbiony Żyd w wystrzępionym chałacie.
– Piwa, Żydzie! I jeść mi dawaj!
– Ja witać, witać, jaśnie wielmoźna pan ślachcic! – zagadał szybko starozakonny. – Nu u Chaima wśiśtko psiednie. U Chaima są delicyjały, jakich nawet pan ślachcic u księcia Koheckiego by nie miał!
– Jak zwykle łżesz, Żydzie! – mruknął cicho Gedeon. – Ruszaj po jadło.
|
|
|
 |
| Jakub Gałka: Esensja
|
|
Prosta przygodowa historyjka, ale jak napisana! Zaprawdę, powiadam Wam, Komuda jest Sienkiewiczem naszych czasów. I nie o to chodzi, że naśladuje twórcę „Potopu” (w wielu miejscach zresztą Komuda zdaje się mniej pretensjonalny i bardziej wiarygodny w przedstawianiu epoki) – on sam jest wielkim miłośnikiem szlacheckiej Rzeczpospolitej, a ta miłość udziela się czytelnikowi. Jednak nie jest „Wilcze gniazdo” hiperrealistyczną powieścią historyczną – Polska szlachecka jest u Komudy zgodna raczej z wyobrażeniami, archetypami szlachetek-sarmatów. (...) „Wilcze gniazdo” wciąga niesamowicie i satysfakcjonuje aż nadto.
|
|
|
|
|
|